Lista aktualności
Leśne ścieżki życia: wspomnienia Teresy (Katarzyny) Gajdy, córki leśniczego z Sarnic
Wywiad przeprowadzony przez Jakuba Wojdeckiego z Nadleśnictwa Jarocin to poruszająca opowieść o losach rodziny Michała Walczaka – leśniczego z Sarnic, uczestnika wojny 1920 roku, oraz jego córki Teresy (Katarzyny) Gajdy. Historia rozciąga się od trudnych lat okupacji, przez czasy powojenne odbudowy, aż po współczesność. Wspomnienia pani Teresy ukazują dramat wysiedleń, biedę i walkę o przetrwanie, ale też ludzką dobroć, solidarność i przywiązanie do lasu, który dla jej ojca był nie tylko miejscem pracy, lecz życiową pasją. Przez pryzmat rodzinnych wspomnień czytelnik poznaje obraz minionego stulecia widziany oczami dziecka wojny, córki oddanego leśnika i nauczycielki. To zapis pamięci o pokoleniu, które w cieniu historii budowało codzienność pełną odwagi, pracy i miłości do przyrody.
Rozmowa z Teresą (Katarzyną) Gajdą, córką po Michale Walczaku, byłym leśniczym z Leśnictwa Sarnice.

Teresa Gajda wraz z mężem - Swarzędz woj. Wlkp. Listopad 2024
Wywiad ma luźny charakter skupiający historię najbliższej rodziny p. Teresy, jej losów podczas okupacji poczynając od najmłodszych lat dzieciństwa autorki wywiadu do czasów obecnych. Ze względu na burzliwy okres życia, wiele wątków i miejsc oraz osób, zdarza się, iż pamięć z czasem płata figle lub zaciera się za mgłą minionych lat. W tych okolicznościach postarałem się odświeżyć i uchwycić na kartce papieru najważniejsze etapy z historii życia tej rodziny. Treść przeplata opowiadania oraz opisy z zebranej prasy, oraz dokumentów. Zapraszam Państwa do zapoznania się z tym wyjątkową opowieścią – rozmowę poprowadził Jakub Wojdecki z Nadleśnictwa Jarocin.
Mój tata Michał Walczak syn Piotra i Marianny (matka z domu Jankowiak) urodził się w 1901 r. w Garbach w gm. Swarzędz w wielodzietnej rodzinie chłopskiej (miał siedmioro rodzeństwa). 12 stycznia 1920 r. rozpoczął służbę wojskową w Gnieźnie. Manewry wojskowe „szkolił” pod Radzyminem (powiat wołomiński) położonym 20 km na północny wschód od Warszawy. Za udział uzyskał „Medal Pamiątkowy za wojnę 1918-1921” nadany z rozkazu D.O.K. VII. Nr 5 z dnia 25 marca 1931 r. Brał udział w pospolitym ruszeniu na podstawie przeniesienia i powołania pod broń P.K.U. Szamotuły. Było to 2 marca 1922 r. Został ranny z bolszewikami, ale nie przeszkodziło mu to w dokończeniu służby wojskowej w Poznaniu 4 lipca 1921 roku. Edukację leśną rozpoczyna w Margoninie pod Chodzieżą. Praktyki odbywał w Bytomiu i Sarnicach. Będąc jeszcze na praktyce w Sarnicach, Michał dostaje wiadomość o śmierci ojca i wraca wówczas na jego pogrzeb do Kicina. Nie poznałam ani ja, ani moi bracia dziadka. 5 lutego 1935 r., dostaje po stażu posadę w organizacji Lasów Państwowych w miejscowości Ostrowo (obecnie woj. kujawsko-pomorskie, powiat mogileński) pod Strzelnem.

Tam 22 kwietnia 1937 roku żeni się z Aleksandrą Pietrzyńską nauczycielką, córką Karola (geodety) i Stefani Pietrzyńskiej (akuszerki). Matka Stefania pochodziła z domu Śliwińska. We wrześniu 1939 roku ojciec zostaje przydzielony do służb obrony terytorialnej, dalej trafia do mogileńskiego więzienia za narodowość i przynależność do klasy inteligenckiej. W lutym 1940 roku Niemcy wysiedlili całą rodzinę w rejony Kieleckie, gdzie pozostawiono samych na łasce losu bez jedzenia, wody, pieluch, czy innych artykułów pierwszej potrzeby – było nam ciężko! W tym dniu nie rozumiałam jeszcze tego, co później nastało, miałam ok. 2 lat. Sytuację pamiętam jedynie z opowieści swoich rodziców. Przed domem czekała na nas furmanka. Musieliśmy wyjść z domu, nie pakując majątku i jak najszybciej go opuścić. Ojciec wiedząc co się szykuje, wyrzucił do nas z okna na piętrz z pokoju bochenek chleba. Dalej bydlęce wagony kolejowe z pozostałymi wysiedleńcami i podróż w rejony Kielc. Pamiętam, jak wszyscy wysiedli na dworcu i dalej wyczytane rodziny były już kierowane pod wskazane adresy pobytu. Jakiś czas minął i o nas zapomnieli. Na dworcu zostaliśmy tylko ja mój tata Michał oraz matka Aleksandra i młodszy brat Hubert (3 miesiące). Budynek z powyrywanymi oknami bez dachu, wiatr, zimno. Mama została z nami sama, ojciec poszedł szukać do miasta rozwiązania. Po jakimś czasie podszedł do nas nieznajomy mężczyzna. Zapytał co tu robimy i po wysłuchaniu historii zaproponował zamieszkanie u siebie wraz z żoną.

Od lewej żona Aleksandra z najmłodszym synem Januszem, Michał z synem Hubertem i córką Teresą - Rogowo na wygnaniu rok 1942
Skorzystaliśmy z propozycji. W domu tym nie zabrakło dla nas ciepłej wody, mleka i miejsca z posłaniem. W tym czasie ojciec chodził do władz i szukał naszego miejsca przesiedlenia. Udało się to po ok. tygodniu. W dniu opuszczenia domu rodzina która nas przyjęła nie chciała byśmy ich opuszczali. Jak się później okazało małżeństwo to było pochodzenia żydowskiego. Matka powiedziała dobrze, że tam nie zostaliśmy. Gdyby Niemcy tam wpadli, zapewne bez zastanowienia mogliby wszystkich rozstrzelać. W 1942 r. rodzina trafia do wsi Rogowo położonej w województwie świętokrzyskim, w powiecie koneckim, w gminie Końskie. W tym czasie rodzi się najmłodszy żyjący jeszcze brat Janusz. Tu pamiętam pokój z aneksem kuchennym, woda ze studni. Brakowało nam wszystkiego łóżek, szafek, naczyń etc. Rodzice do spania wymościli wszystkim posłanie ze słomy izolującej ciepło od zimnej podłogi. Zapraszamy do obejżenia wystawy poświęconej Michałowi Walczakowi w OEL w Czeszewie. Pamiętam jak w tej ogromnej biedzie, znalazłam na ogrodzie czerwonego buraka. Poprosiłam ojca, by mi go obrał. Tak też uczynił i zdziwił się, że jadłam go z takim smakiem jak jabłko. Nigdy nie zapomnę tego smaku. Pamiętam jeszcze mąkę w niewielkiej torbie, którą udało się zdobyć ojcu. Mama zakisiła ją w glinianym garnku i codziennie rano i wieczorem dawali nam do wypicia po przegotowaniu jako bezsmakowy żur, po to, by napełnić żołądki. Pracy etatowej nie było. Tata w sezonie letnim dorabiał w siano-kosach. Michał i Matka Aleksandra znali język niemiecki. Ojciec w Kicinie, a mama w poznańskiej szkole byli przeszkoleni w tym kierunku. Szkoły w tym okresie znajdowały się pod zaborem Pruskim, gdzie obowiązywał wówczas język niemiecki. Przydało nam się to wówczas, ponieważ ludność społeczna otrzymywała od rodzin listy z obozów koncentracyjnych. Za przetłumaczenie tekstów rodzicie zawsze dostali jakieś podarunki jedzenie, gęsi etc. Często z domu wychodziłam na wioskę. Miałam wówczas cztery lata. Nie pamiętam rówieśników w moim wieku do wspólnej zabawy, czego mi bardzo brakowało. Po ok. dwóch latach nasza rodzina trafia w rejony Rawy Mazowieckiej do miejscowości Wielka Wola.

W okresie międzywojennym gmina Wielka Wola należała do powiatu opoczyńskiego w woj. kieleckim. 1 kwietnia 1939 roku gminę wraz z całym powiatem opoczyńskim przeniesiono do woj. łódzkiego. Po wojnie gmina przez krótki czas zachowała przynależność administracyjną, lecz już 6 lipca 1950 roku została wraz z całym powiatem przyłączona z powrotem do woj. kieleckiego. Nie pamiętam, jak się tam dostaliśmy, jedynie to, że ojciec dostał posadę gajowego w organizacji Lasów Państwowych wraz z jednym pokojem pełniącym prócz naszego ówczesnego „domu” biuro. W jednym budynku również za ścianą mieszkała p. Piekarska z synem. Nasz pokój mieszkalny był przejściowym do pokoju naszej sąsiadki. Jej mąż był Volksdeutsche, ale nie mieszkał z nimi. Zdarzało się, że grupy mężczyzn przychodzili do nich, przechodząc przez nasz pokój. Wypytywali nas wówczas, pod bronią wycelowaną w naszym kierunku, czy jesteśmy Polakami. Na dowód jako dziecko musiałam odśpiewać Hymn Polski oraz wiersz Władysława Bełzy pt.: „Wyznanie wiary dziecięcia polskiego” z 1900 roku. Nie wiem, kim byli ówcześni panowie, czy byli związani z AK, czy inną formacją? Wówczas nasza sąsiadka z synem słysząc rozmowę w naszym pokoju, często wymykała się oknem, chowając w pobliskich zaroślach. Ojciec, pracując wówczas w lasach, poprawił naszą sytuację życiową. Pamiętam, że od Niemców dostawaliśmy nawet raz dziennie litr mleka. Rodzicie swobodnie rozmawiali z Niemcami znając dobrze ten język. Uczęszczałam wówczas w wieku 5-6 lat do pobliskiej szkoły, gdzie lekcje były prowadzone w języku niemieckim.

Teresa (Katarzyna) Gajda - rok 1943
Pewnego dnia mleka nie otrzymaliśmy. W tym dniu Niemcy wycofali się z miejscowości, a ich miejsce zajęli żołnierze rosyjscy.Ci chętnie odwiedzali niedziałającą już pobliską zrujnowaną gorzelnię, z której co nieco jeszcze kapało. By, nazbierać bimbru siłą awanturując się, odebrali nam z domu wszelkie garnki, naczynia, nawet mój kubeczek do zabawy w piasku. Po pewnym czasie ojciec ze szwagrem od strony mojej mamy (mieszkali od nas 6 km dalej), opuszcza Wielką Wolę, jadąc do Środy Wielkopolskiej. Tam mieszkali moi dziadkowe od strony mamy. Po pewnym czasie był to koniec marca, mama z nami, ze swoją siostrą i jej rodziną postanowiły dojechać do rodziny w Środzie Wlkp. Pamiętam podróż wagonami, gdzie co stacja odczepiali od składu jeden wagon. Mama sprytem mając zebranych kilka butelek bimbru, zawsze przekupiła pracowników kolei na tyle skutecznie, że dojechaliśmy szczęśliwie na docelową stację bez przesiadek po drodze. Po dniu podróży dojechaliśmy na miejsce. Moja mama została na dworcu, a ciocia z nami i dwójką swoich dzieci (Danuta i dwóch braci) rozpoczęła poszukiwanie dziadków. Ci zmienili adres zamieszkania, ponieważ od zakupili pod gminy poniemiecki budynek mieszkalny, do którego mieliśmy trafić. Udało się prócz dziadków na miejscu, mieszkała z nimi moja sparaliżowana prababcia, dziadek, najmłodsza siostra mamy oraz mój ojciec ze swoim szwagrem. Tak minął nam tam rok. Po nowym roku ojciec wyjechał za pracą w lasach do Ostrowa i dalej do Sarnic.

Do Ostrowa ojciec bał się trochę wrócić, ponieważ postrzelił tam w nogi kłusownika w lasach nadleśnictwa Miradz, przygotowując wcześniej na niego pułapkę. Kłusownikiem później okazał się Jan Szczepaniak z Mrówek koło Konina. Za duże ryzyko, bo już raz został pobity, więc wybór padł na Sarnice. Był to rok 1945. Proponowano ojcu posadę w nadleśnictwie, ale postanowił pozostać na leśnictwie Sarnice na stanowisku leśniczego.

Zdjęcia z pochodu I Majowego - Prowadzący Michał Walczak
Wszystko zaczęło się układać. Matka dostała posadę w Czeszewie jako nauczycielka. Ja ze względu, że szkoła w Czeszewie była oddalona od Sarnic (ok. 2,5 km), po drodze las, rodzice, mając na uwadze moje bezpieczeństwo, postanowili, że w wieku 6-7 lat zamieszkam z dziadkami w Środzie Wlkp. Rodzeństwo i rodziców od tego czasu widziałam raz na dwa tygodnie, wszystkie święta oraz czas ferii i wakacyjny. Mając 7 lat, rozpoczęłam edukację w szkole w Środzie Wlkp., dalej wyjechałam do Poznania, kontynuując naukę w Technikum Gastronomicznym, następnie w Częstochowie skończyłam studium nauczycielskie. Tam też poznałam męża, studenta Politechniki Częstochowskiej.

Mąż Pani Teresy Gajdy
Dalej kontynuowałam naukę w SGGW w Warszawie, uzyskując tytuł inżyniera Technologii Rolno-Spożywczej, a następnie w Poznaniu na Akademii Rolniczej uzyskałam tytuł Magistra - żywienie człowieka. Po ukończeniu studiów, razem z mężem zamieszkaliśmy w Gorzowie Wielkopolskim, podejmując pracę zawodową, ja jako nauczycielka w Technikum Gastronomicznym, a Tadeusz jako Inżynier Mechanik w Zakładach Mechanicznych. Tam mieszkaliśmy 6 lat, gdzie urodził się Nasz syn Jędrzej. W roku 1968 przeprowadziliśmy się do Kutna, gdzie w dalszym ciągu pracowałam w Technikum Gastronomicznych oraz Studium Medycznym, a mąż w Zakładach Maszyn “Kraj” produkujących siewniki. Moi bracia nie wybrali się na studia. Hubert rozpoczął angaż w wojsku w Węgorzewie, a Janusz po szkole rolniczej nie pracował w zawodzie, a jako mechanik i kierowca autobusów. W latach 50-tychy ubiegłego wieku, w okolicznych miejscowościach Czeszewo, Sarnice, Miłosław, grasowały bandy szabrowników. Z relacji rodziców pamiętam, jak jedna taka banda odwiedziła leśniczówkę w Sarnicach dwa razy. Przy pierwszej wizycie po nocy nieznani goście zlustrowali wszelkie zakamarki budynku, by później powrócić po wszelakie mające wartość przedmioty (ubrania, broń do polowań, garnki). Złodzieje odgrażali się, że jeżeli komuś o tym powiedzą, leśniczówka pójdzie z dymem wraz z osobami ją zamieszkującymi. Linia telefoniczna w tym dniu została umyślnie uszkodzona. Moja mama w tym dniu nie pojechała do pracy, ojciec również. By powiadomić Państwowe Nadleśnictwo Czeszewo i jego przełożonego Borczyńskiego, ojciec zatrzymał osobę jadącą z Czeszewa na rowerze (aut wówczas nie było, pojazd posiadał jedynie ksiądz) by ta zawróciła i poinformowała biuro o zaistniałej sytuacji. Na te wieści Borczyński wsiadł na rower i przyjechał na leśniczówkę w Sarnicach, by dalej wrócić do biura i zgłosić sprawę do organu ścigania. Po pewnym czasie ojciec był nawet wezwany na wskazanie winnego z zatrzymanych siedmiu osób. Spotkanie odbywało się jawnie (bez „weneckich luster”). Tata rozpoznał jednego z napastników, ale dla własnego i rodziny bezpieczeństwa nie wskazał wówczas winnego. Nie była to jedna z mniej bezpiecznych sytuacji.

Zaświadczenie Państwowe o postawie obywatelskiej Michała W. po okresie wojennym
Pamiętam jeszcze jedną, kiedy to 22 lipca 1964 roku, gdy byłam u rodziców z mężem na wakacjach w Sanicach. W tym dniu na przystanku autobusowym koło leśniczówki stał dziwny, na pewno niemiejscowy kulawy mężczyzna, który następnie wsiadł do autobusu jadącego w kierunku Czeszewa dalej na Orzechowo (gdzie była stacja kolejowa). Mój brat Janusz pasł krowy, ja z Tadeuszem i ojcem byliśmy na leśniczówce. Nagle do budynku wbiega zdyszana uczennica mojej mamy, prosząc o pomoc. Jak się okazało, dziewczyna jechała rowerem z Czeszewa na Kozubiec (to miejscowość za Sarnicami w kierunku na Bugaj dalej Miłosław). Po prawej stronie za zakrętem drogi za przystankiem autobusowym za leśniczówką był przed lasem stawek po lewej sad (obecnie rośnie tam las), jakiś mężczyzna zaciągnął młodą dziewczynę na pobocze. Miał najwyraźniej niecne zamiary, bo ją zakneblował. Na szczęście ta zdążyła się oswobodzić i uciec napastnikowi. Mężczyzna najwyraźniej uciekał autobusem na kolej. Ojciec powiadomił milicję, ta zareagowała szybko, sprawdzając pobliskie miejscowości. Tadeusz z Januszem wsiedli niezależnie od rozwijającej się sytuacji na motocykl i popędzili w kierunku stacji w Orzechowie. Wspólnie z milicją udało się zatrzymać podejrzanego kulejącego mężczyznę przed dalszą ucieczką. Jak się dalej okazało wcześniej karany mieszkaniec Poznania (posiadał już żonę i dwójkę dzieci). Tak rodzice mieszkali tam do 1966. Wówczas mój tata Michał 3 września w sobotę przeszedł na emeryturę, zwalniając stanowisko p. Wolarskiemu z Miłosławia.

Michał Walczak wraz z córką Katarzyną Sarnice lata 60-te.
Rodzice otrzymali w leśniczówce na piętrze jeden pokój na własny użytek. Michał Walczak bez lasu na emeryturze czuł się jednak źle, dlatego z mężem postanowiłam zabrać rodziców do Gorzowa, gdzie wówczas mieszkałam. Tata nadal z dala od lasu pogarszał się jego stan, co wpływało nie tylko na samopoczucie, ale również osłabiona kondycję organizmu. Duże miasto Gorzów w tym nie pomagało. Zachorował na „Anginę pectoris” (dławicę piersiową), spowodowaną niedostatecznym zaopatrzeniem mięśnia sercowego w tlen. Częste wizyty karetki, lekarza, nieustanne zastrzyki nie poprawiały stanu ojca. Mama postanowiła, że wróci wraz z mężem do rodzinnego domu w Środzie Wielkopolskiej. Dom z ogrodem zielenią miał poprawić stan zdrowotny chorego. Nadszedł koniec roku szkolnego i 2 lipca 1967 r., pojechałam z matką i synem Jędrzejem do Węgorzewa do drugiego brata Huberta. Ojca w tym dniu przed wyjazdem odwiedził zaprzyjaźniony lekarz z pobliskiego szpitala, będąc na wizycie domowej. Zapytał moją mamę, kiedy wraca, widząc kiepski stan ojca i chyba przeczuwając, co miało później nastąpić. Odpowiedziała – że szybko za dzień, dwa. Tego dnia ojciec odprowadził nas jeszcze do furtki (taki miał zawsze zwyczaj). Była to niedziela, kiedy zajechaliśmy na miejsce. Matka we wtorek wróciła do domu, a w czwartek 6 lipca przed wieczorem odebraliśmy w Węgorzewie telefon, że nasz tata zmarł tego dnia w południe, że mamy wracać do domu.

Pogrzeb odbył się 2 dni później w sobotę w kaplicy cmentarnej w Środzie. W dniu pogrzebu przyjechały z Czeszewa oraz Orzechowa dwa wynajęte autokary z ludźmi, którzy chcieli ostatni raz pożegnać Michała i złożyć kondolencje rodzinie. Pamiętam, iż ojciec był zawsze zdyscyplinowany, wymagał dużo od siebie i innych, miał ogromne poczucie humoru, cechowało go gołębie serce, stąd chętnie pomagał innym. Stąd tak bardzo był lubiany przez innych. Zdarzało się, gdy pracował w Sarnicach, ktoś potrzebował drewna „gałęziówki” (mówił o tym sortymencie tzw. zbieranina) na opał, sam wybrał się nie raz do lasu, by je ocechować, a następnie wykupywał za własne pieniądze i obdarowywał potrzebujących (dając kwit zakupowy do rąk własnych). Mieliśmy w Sarnicach trzy krowy, dwa konie. Tata wszech lubiany za własną pomoc otrzymywał pomoc innych doglądających terminowo jego trzody, terminów koszenia łąk itd. W trakcie pracy na Sarnicach ojciec miał kilku praktykantów (stażystów), których przyuczał do zawodu leśnika. Był pedantem, jeżeli chodzi o porządek w dokumentach, jakość piśmiennictwa. Pamiętam, jak przychodził ktoś na przyuczenie, na początku kazał im coś napisać. Jeżeli uczeń pisał niestarannie, szkolił na początku własną kaligrafię, jak się okazywało, przynosiło to pożądane rezultaty. Ostatnim praktykantem ojca był późniejszy leśnik z Dzikowego Boru pod Neklą Stanisław Stefański. Innym testem sprawdzającym uczciwość przyszłych pracowników zawodu leśnego było policzenie drzew na danym oddziale. Michał dobrze wiedział, ile w danym czasie drzew porastało dany obszar. Dalej po śmierci ojca, matka mieszkała pewien czas w Poznaniu przy ul. Głogowskiej niedaleko Kościoła Matki Boskiej Bolesnej. Ja z mężem po 6 latach pobytu w Gorzowie Wielkopolskim opuszczam miasto. Przeprowadzamy się do Kutna, gdzie oboje przepracowaliśmy 20 lat do czasu osiągnięcia wieku emerytalnego. Chcieliśmy wyprowadzić się do Poznania, gdzie mieliśmy większość rodziny. W tamtych latach było to bardzo utrudnione. Zapisy na zakup mieszkania w rozbudowującym się o nowe osiedla Poznaniu mieli pierwszeństwo osoby zameldowane w tym mieście. Na szczęście udało nam się zakupić mieszkanie, pożyczając na szybko pieniądze od rodziny na wpłatę do spółdzielni mieszkaniowej w Swarzędzu. Po pewnym czasie zakupujemy również działkę budowlaną w Swarzędzu. Tu staje nasz ostatni dom, w którym mieszkam z mężem i synem do dzisiaj. W domu wołali na mnie zawsze Katarzyna, Kasieńka, mimo że moje pierwsze imię to Teresa. Jak to się stało? Po moich narodzinach ojciec wybrał się do Strzelna zameldować mnie i nadać z urzędu imię (wybrali z matką Katarzyna). Szybkie poszukiwanie rodziców chrzestnych (w sąsiedztwie nie mieliśmy nikogo z bliskiej rodziny). Po drodze wstępuje do znajomych leśników, zwracając się z prośbą o wytypowanie rodziców chrzestnych. Przyszła matka chrzestna zmienia moje pierwsze imię na wg niej bardziej dostojne – Teresa, Katarzyna i tak już zostało. A miała być Katarzyna, Stefania (drugie imię po mojej babci od strony mamy). Mój brat Hubert ur. W 1939 r. (wojskowy) zmarł w roku 2010 w wieku 69 lat w swoim mieście w Węgorzewie (w szpitalu wojskowym w Toruniu). Nie zdążyłam zobaczyć go przed śmiercią, choć ruszyliśmy z samego rana ok. godz. 7:00. Na miejscu byliśmy ok. 13:00, brat zmarł niestety ok. 9:00. Miał dwie córki (starsza Dorota położna i młodsza nauczycielka z Kobylnicy). Niestety po 5 latach po jego śmierci, w lipcu umiera starsza z córek na nieuleczalny nowotwór. Niestety dwa lata później odchodzi również ich matka, żona Huberta. Drugi z braci ma trójkę dzieci, nadal żyje i mieszka w Komornikach pod Poznaniem. Pamiętam jeszcze, w domu w Sarnicach ojciec miał ulubionego psa, rasy jamnik długowłosy o imieniu Grzmot. Chętnie towarzyszył mu na polowaniach. Pewnego razu leśniczy Michał wraz z Nadleśniczym Drużyńskim wybrali się wspólnie na polowanie. Po rozdzieleniu się, ojciec w lesie natrafili na rannego dzika, który w walce z broniącym swojego pana psem, poważnie ranił go w brzuch. Tata z opowiadania mówił, iż nie mogąc oddać strzału ze zbyt bliskiej odległości, mógł jedynie dystansować się od rozwścieczonego zwierzęcia większą gałęzią dębu. Poproszony o pomoc nadleśniczy pomógł w sytuacji, oddając ceny strzał do dzika. Michał z rannym psem wrócił do domu, by dalej ruszyć do najbliższego weterynarza w Miłosławiu. Psa pozszywano i na szczęście ten wylizał się, choć nie było łatwo. Mama podawała psu raz dziennie łyżeczkę naparu kawy. Pies nie miał lęku przed lasem i do swoich ostatnich dni towarzyszył ojcu w polowaniach. Upływ czasu potęgował problemy zdrowotne bohaterskiego Grzmota. Śmierć psa wszyscy bardzo przeżyliśmy. Odszedł przyjaciel, członek rodziny, który pozostał w mojej pamięci.
Zestawił: Starszy Spec. SL. z Nadleśnictwa Jarocin Jakub Wojdecki z treści rozmowy z p. Teresą Gajdą (córką po leśniczym).
